niedziela, 25 listopada 2012




SPOTKANIE  prof. Jerzego Marchwińskiego z Wydziałem
Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki - UMFC w Warszawie
22 listopada 2012


         Świadomie użyłem określenia Spotkanie, żeby uniknąć skojarzeń z wykładem lub czymś pokrewnym. To, czym chce się podzielić z Wami, jest rodzajem „Tematu z wariacjami”,  zbiorem kilku refleksji o partnerstwie w muzyce i nie tylko. Nie wymyśliłem ich ani nie wyspekulowałem. Jest to owoc doświadczeń i obserwacji całego mojego profesjonalnego życia. Można je oczywiście odrzucić  albo zignorować, a można też zaakceptować i spożytkować. W przeciwieństwie do wykładu, który może mieć niekiedy podtekst pouczania, charakter spotkania jest niewątpliwie swobodny i przestrzenny, nikogo do niczego nie zobowiązujący. Tylko gwoli jasności podkreślam, że pomimo rozlicznych wątpliwości,  poczuwam się do pełnej odpowiedzialności za treść moich refleksji.



TEMAT:  Partnerstwo w muzyce

         Partnerstwo, w moim pojmowaniu, stanowi rodzaj dobrowolnego układu pomiędzy dwoma lub wieloma wolnymi osobami, dla osiągnięcia celu, jakim może być wspólne dobro, sukces, korzyść, zysk, wartość wszelkiego autoramentu, czyli – jednym słowem – kreowanie życia. Muzyczne partnerstwo pomiędzy wykonawcami, to wspólne starania o możliwie najdoskonalsze, najbardziej zrozumiałe, najprawdziwsze, najpiękniejsze przekazanie odbiorcy myśli i uczuć twórcy, zamkniętych w zapisie nutowym.
         Partnerstwo, jak każda wartość, nie dzieje się samo. Podobnie jak kultura czy cała sfera uczuć, oczekuje troski, wysiłku, mądrości. Trudno jest mi sobie wyobrazić udane partnerstwo bez poczucia wolności, szacunku do partnera, akceptowania postawy dialogu i otwartości, świadomego starania o rozumienie drugiego człowieka, poszanowania jego wewnętrznej przestrzeni i intymności. Partnerstwo muzyczne, oprócz sygnalizowanych wartości, oczywiście oczekuje ewidentnej profesji.
         Za fundamentalnie ważną w partnerstwie uważam wzajemność. Stosunkowo łatwo mogę sobie wyobrazić nieodwzajemnioną, miłość w jedną stronę. W moim postrzeganiu, partnerstwo, podobnie jak przyjaźń w jedną stronę, po prostu nie istnieje.

Wariacja I: O graniu solowym i graniu zespołowym.

         Niemal od wczesnej młodości uświadomiłem sobie fakt niezwykle prosty, niemal banalny, że muzyk wykonawca ma tylko jedną alternatywę realizacji swej aktywności profesjonalnej: wykonuje albo sam, albo wspólnie z kimś, jednym lub wieloma. Innej alternatywy nie widzę.
         Kiedy wykonuje sam, solo, realizuje wszystkie elementy dzieła muzycznego na swą wyłączną odpowiedzialność. Może to robić z nikim i z niczym się nie licząc. Sukces lub niepowodzenie są jego wyłączną sprawą. Jest „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”.
         Całkiem inaczej wygląda sytuacja wykonania zespołowego. Każdy grający realizuje tylko wybrane elementy dzieła, które połączone tworzą harmonijną całość albo zwyczajną dysharmonię i nierówność. Nie będę tu przywoływać definicji dzieła muzycznego autorstwa prof. Kazimierza Sikorskiego, z pewnością doskonale Wam wszystkim znaną. (Chociaż, może na wszelki wypadek jednak ją przypomnę? Brzmi ona: „Wprawdzie dzieło muzyczne jest jednością, ale składa się z wielu elementów: melodii, rytmu, harmonii, dynamiki, agogiki, artykulacji, kontrapunktu, formy i zawartości emocjonalnej”.). 
         W moim postrzeganiu, nie wszystkie elementy dzieła zachowują jednakową ważność od początku do końca utworu. Ich ważność jest zdeterminowana przez kompozytora, w niewielkim choć znaczącym stopniu również przez wykonawcę. Niektóre elementy są naturalnie wiodące, niektóre wtórujące.
         W wykonawstwie zespołowym, odpowiedzialność za rezultat artystyczny jest wspólna,  czy się to komuś podoba, czy nie. Relacje pomiędzy grającymi wynikają ze struktury utworu. Wykonawca, który realizuje aktualny element wiodący, jest jakby leaderem zespołu i sytuacji dramaturgicznej; ten, który realizuje element wtórujący, wspomaga leadera, zapewnia komfort, jest jego sojusznikiem, towarzyszy mu, inaczej mówiąc, akompaniuje. Wydaje się być czymś oczywistym, że wspomniane relacje są naprzemienne, tzn. aktualny leader w trakcie trwania utworu zamienia się swą rolą z uprzednio towarzyszącym mu współwykonawcą, czyli inaczej mówiąc, z leadera staje się akompaniującym, aby za chwile z akompaniującego stać się ponownie leaderem.


Wariacja II:  O układzie partnerskim i układzie typu solista-akompaniator.

         Również od samego zarania mojej aktywności artystycznej, postrzegam tylko dwie opcje układu pomiędzy wykonawcami: albo układ partnerski, albo typu solista-akompaniator. W układzie partnerskim, dzieło muzyczne realizowane jest zgodnie z jego strukturą, a wiec w oparciu o wymienną ważność aktualnie realizowanego elementu. Role szefa i podwładnego zmieniają się zgodnie z wolą kompozytora. W układzie typu solista-akompaniator, role te są a priori zdeterminowane w oparciu o sztuczny podział na tzw. „partie” utworu, z których jedna jest a priori uprzywilejowana a druga subordynowana.

Wariacja III:  O elemencie akompaniującym i wykonawcy akompaniującym.

         Jak wspomniałem, strukturę dzieła muzycznego, w ogromnym uproszczeniu, pod względem ważności jego elementów, postrzegam jako rodzaj wymiennego ciągu, układu elementów  - jak to określam – wiodących i wtórujących. Relacje pomiędzy nimi wydają się być proste i oczywiste: element wiodący jakby steruje dramaturgią, element wtórujący go wspomaga, zapewnia mu niezbędny komfort.
         Konsekwencją tego układu elementów jest klarowna relacja  pomiędzy wykonawcami: jeden wykonawca przewodzi, drugi mu wtóruje, wspomaga go, nazwijmy to – akompaniuje mu. Ważność tych ról najczęściej jest wymienna w przebiegu utworu zwłaszcza, że utworów o ewidentnie zdeterminowanej ważności jednego elementu przez cały utwór, jest znikoma ilość, poza np. tradycyjnymi moto perpetuo. I w takim sensie, określenie akompaniament/akompaniator jest merytorycznie uzasadnione. W Sonacie Wiosennej np., przez pierwsze 9 taktów, Konstanty wiedzie, ja jestem jego akompaniatorem; ale przez następne 15 taktów, to ja wiodę, a Konstanty jest moim akompaniatorem.
         Tak pojmowaną relację pomiędzy wykonawcami określam mianem partnerskiej. Jej antytezą jest relacja typu solista-akompaniator. Relacja ta bazuje na postrzeganiu utworu jako szczególnego układu dwu równoległych tzw. partii, z których jedna jest dominująca przez cały utwór, a druga subordynowana, również przez cały utwór. Przekłada się to na relacje pomiędzy wykonawcami, z których jeden jest jakby a priori dominujący i wiodący, a drugi, a priori subordynowany, wtórujący, bez względu na strukturę utworu. Ten, który wtóruje jest nazywany akompaniatorem, niezależnie od charakteru utworu. Pojęcie to jest obrośnięte mniej lub bardziej zakamuflowanymi pejoratywnymi konotacjami psychologicznymi i środowiskowymi, ale nade wszystko artystycznymi, o czym za chwilę.


Wariacja IV:  O artystycznych skutkach wykonań partnerskich i typu solista-akompaniator.

         W układach partnerskich odpowiedzialność za artystyczny rezultat, zgodnie z ideą kompozytora, jest wspólna dla dwu lub wielu wykonawców. W moim odczuciu stwarza to kreatywny klimat mobilizujący cały potencjał profesjonalny wykonawcy. W układzie typu solista-akompaniator, fałszywie pojęta dominacja roli jednego z wykonawców i subordynacja drugiego, deformuje nie tylko znaczenie ich ról oraz ciąży na indywidualnym i środowiskowym postrzeganiu, ale co jest najbardziej szkodliwe, w pewnym sensie degraduje rezultat artystyczny. Poczucie bycia niezasłużenie podwładnym, rzutuje na walor wykonawczy tzw. akompaniatora, nawet jeśli nie w sposób drastyczny, to w każdym razie w niuansach, które przecież stanowią bardzo istotny warunek wartościowego wykonania. Świadomość bycia akompaniatorem, w sposób nie do końca nawet uświadomiony, bardzo często wpływa na wykonawcę demoralizująco i w efekcie, osłabia artystyczny message wykonawcy. Natomiast świadomość bycia pianistą, w miejsce akompaniatora, potrafi drastycznie zmienić rezultat wykonania. Przywołuję tu przykład wykonań pieśni przez Elisabeth Schwarzkopf w asyście Geralda Moore’a, wprawdzie cesarza akompaniatorów, ale jednak akompaniatora. Te same pieśni Schuberta nagrane przez tą samą Schwarzkopf z udziałem Waltera Giesekinga lub Edwina Fischera, zdecydowanie przewyższają te pierwsze. Są to dość trudne do określenia niuanse, które różnią wykonania dobre, lub bardzo dobre, od wielkich.


Wariacja V: O tzw. melodystach i tzw. rytmistach.

         Są to oczywiście określenia więcej niż umowne. Posługuję się nimi jednakże dla wyraźnego określenia dwu preferencji wykonawczych. Melodysta, to wykonawca, którego potrzeby wypowiedzi są dominowane przez melodię, śpiew jako ideę, narrację, frazę, dramaturgię, recytację. Rytmista, to wykonawca dominowany przez ideę rytmu.
         Jak przecież wiadomo, melodia i rytm są to fundamentalne pojęcia składowe dzieła. Ich relacje są nieuniknione, w moim odczuciu, w pewnym sensie, w tzw. muzyce klasycznej, jedno bez drugiego nie bardzo może istnieć. Melodia bez konstruktywnego wsparcia rytmu może stać się rodzajem muzycznego bełkotu, a rytm bez melodii, bez śpiewu, staje się machinalną recytacją.
         W moim postrzeganiu, w układzie partnerskim rytmu i melodii, to rytm stanowi element wspierający narrację, on jest fundamentem, na którym wspiera się melodia. Źle się dzieje, jeśli rytm zaczyna dominować nad sensem melodii. Efektem bywa karykatura narracji, lub zgoła jej bezsens. Z łatwością posługuję się tu przykładem chopinowskiego Nokturnu, np. Des-dur op. 27. Zagranie lewej ręki według, wydawałoby się, oczywistej dyscypliny rytmicznej, skończyłoby się zdeformowaniem kantyleny granej przez prawą rękę. Tu właśnie jest miejsce na partnerski konsensus pomiędzy rytmem i melodią: melodia, prawa ręka, musi wspierać się na pulsie rytmu lewej ręki, która z kolei musi adaptować swą równość do oczekiwań frazy i narracji prawej.
         To właśnie jest konkretnym odniesieniem do sytuacji pomiędzy dwoma wykonawcami, z których jeden realizuje melodię a drugi rytm w tym samym utworze. Jedność doskonałego wykonania  nie ma alternatyw wobec świadomości realizowania całości utworu przez obydwu wykonawców i wzajemnej zależności pomiędzy nimi.


Wariacja VI:  O partnerowaniu śpiewakom.

         Śpiewak jest szczególnym rodzajem wykonawcy z wielu powodów: on nosi swój instrument w sobie samym, to on przeważnie realizuje element wiodący utworu, to on, wreszcie, ma do swej dyspozycji tekst słowny, który choć odgrywa ogromną rolę w strukturze utworu,  sam przecież  muzyką nie jest. Konsekwencje tych trzech najważniejszych cech bycia śpiewakiem, oczekują od partnerujących szczególnej uwagi i troski. Głos jest instrumentem niebywale delikatnym i wrażliwym. Próby ze śpiewakiem muszą uwzględniać ten fakt, nie mogą trwać bez ograniczeń czasowych. Fortepian i skrzypce się nie męczą; głos, niestety, tak.
         To, że śpiew ma charakter wiodący i w pieśniach i w operze, wydaje się być czymś ewidentnym i oczywistym. Od partnerującego, realizującego w przeważającej większości element wtórujący, oczekuje zrozumienia i zaakceptowania. Problem  relacji ze śpiewem, to przed wszystkim kontekst dynamiki, uwzględniający indywidualną wielkość głosu oraz rejestru, w którym się porusza. W wyższym rejestrze jest bardziej słyszalny, im niżej, tym mniej. I wreszcie tekst. Opanowanie, rozumienie i artykulacja tekstu to absolutny wymóg wszystkich partnerujących śpiewakowi. Tekst jest wszak kluczem do interpretacji.


Wariacja VII:  O przydatności idei partnerstwa dla dyrygentów.

         Pokuszę się o katalog nieporozumień i błędów popełnianych przez partnerujących śpiewakom, głównie dyrygentów i w równej mierze pianistów:
·        Jak już przed chwilą wspomniałem, powinno się ze wszech miar unikać prób ze śpiewakiem w dniu koncertu, a nawet w jego przeddzień. Głos musi mieć szanse na odpoczynek.
·        To głównie śpiewak realizuje narrację utworu i jego frazowanie. To on, nawet fizjologicznie, potrzebuje oddechu. Partner musi zaakceptować fakt, że to śpiewak, a właściwie, śpiew decyduje o czasie dziejącym się pomiędzy frazami.
·        Za niezwykle ważne uważam konsensus pomiędzy melodią, realizowaną przez śpiew i rytmem, realizowanym  głównie przez instrument, w tym orkiestrę. Rytm nie może mieć charakteru machinalnego,  w oderwaniu od frazy, śpiewu. Ma to szczególnie znaczenie we fragmentach z rytmicznymi figuracjami ostinatowymi. Partner, który aktualnie realizuje element rytmiczny, powinien to robić ani nawet na chwilę nie przestając słyszeć i rozumieć śpiewu partnera, niezależnie od tego, czy jest to śpiewak, czy właśnie śpiewający swą frazę instrumentalista.
·        Nie wolno zapominać, że forte solowe, zarówno instrumentalne jak i orkiestrowe nie jest identyczne z forte partnerującym. Dynamika orkiestry zawsze powinna  być realizowana w kontekście śpiewu; nie ciszej lub głośniej, tylko w kontekście. Richard Strauss domagał się od dyrygentów, żeby w żadnej sytuacji nie przestawali słyszeć śpiewu a jego gigantyczna często orkiestra, powinna mieć charakter brzmienia muzyki Mendelssohna.
·        Bardzo często dyrygent po zwolnieniu lub zwykłym rubato jakieś frazy, pozostaje w tym zwolnieniu, zamiast wrócić do a tempo.
·        Kolejnym, najczęściej spotykanym błędem to brak pionowej równoczesności akordów i śpiewu. W znakomitej większości, akordy są za późno, za pointą, za artykułowaną sylabą, niszcząc w ten sposób napięcie i dramaturgię. Kluczem do uniknięcia tej niezwykle popularnej przywary partnerskiej, jest zgodność z tekstem, z akcentem w słowie. Wielu indagowanych przeze mnie na ten temat dyrygentów tłumaczy, że winien jest pewien bezwład masy orkiestry. Uważam, że jest to  nieprawda. Jest to sprawa mentalna, a właściwie, profesjonalna dyrygenta. Ta sama orkiestra pod ręką jednego dyrygenta jest punktualna, pod ręką innego, spóźniona. Dotyczy to nawet takiej arcyorkiestry jaką jest zespół MET.
·        Niestety, w recitatiwach accompaniato, najczęściej akordy grane są bez dramaturgicznego kontekstu, bez sensu sterowane niepotrzebnym odliczaniem. Partnerujący, zamiast zrozumieć frazę i wziąć udział w narracji śpiewaka, nie może się pozbyć swych żałosnych, rytmicznych szczudeł. Nie jest w stanie zaufać zwykłemu, muzycznemu zdrowemu rozsądkowi, tylko wszystko musi przeliczyć i zadyrygować.


Wariacja VIII: O powinnościach recenzentów i krytyków muzycznych.

         Jakoś tak się złożyło ostatnio, ze trafiło mi się kilka recenzji, w tym w Ruchu Muzycznym, w których „fachowy” recenzent chwalił jakaś panią za akompaniament Sonaty Francka.  Pewnym pocieszeniem może być zapowiedź we France Musique, którą słyszałem w ub. miesiącu w Paryżu, że solistką w Sonacie na wiolonczelę i fortepian, a właściwie na fortepian i wiolonczelę Rachmaninowa była jakaś pani, a piano-accompagnement realizował jakiś pianista. Zdarzyło mi się również w mozartowskim roku Jubileuszowym widzieć plakat na Carnegie Hallu, na którym informowano, że pani Anne-Sophie Mutter wykona wszystkie sonaty skrzypcowe Mozarta, bez nazwiska pianisty. Są to tylko dowody na deformację, która jak pleśń z zaszłości wciąż się panoszy w mentalności środowiska.
         Wydaje mi się, że recenzenci i krytycy muzyczni, jako osoby światłe i wykształcone, winni  wreszcie dopomóc odbiorcom muzyki uświadomić sobie, że nie ma utworów dla skrzypka lub śpiewaka i akompaniatora; że są to utwory dla dwu, pełnowartościowych muzyków: dla instrumentalisty lub śpiewaka i dla pianisty. A już w sonatach nazywać pianistę akompaniatorem, to po prostu, zgroza! Wierzę, że żadnemu z absolwentów Wydziału teorii UMFC nigdy się taka gafa nie przydarzy!


Wariacja IX:  O tendencjach wstecznych i postępowych.

         W moim postrzeganiu, w muzycznym środowisku wykonawczym zespołowym ścierają się te dwie, wcześniej wspomniane tendencje: solistyczno-akompaniatorska i partnerska. Ta pierwsza wydaje się mieć charakter zdecydowanie wsteczny, ta druga – postępowy. Wsteczny, ponieważ stwarza nierówny układ wykonawczy. Wynikiem jest nie tylko szczególna sytuacja środowiskowa, przejawiająca się zarówno w trywialnych problemach drukowania nazwisk na afiszach i w programach, w drażliwych sprawach honorarium, ale co najgorsze, w istocie rezultatu artystycznego, o czym przed chwilą wspomniałem.


Wariacja X:  O nauczaniu partnerstwa.

         Jestem przekonany, że partnerstwa można nauczyć, pod warunkiem, że się to w ogóle robi. Partnerstwo, niezależnie od całego swojego znaczenia psychologicznego, stanowi element profesji, której, jak wiadomo, można nauczyć niemal każdego. Talentu nauczyć się nie da; profesji – można.
         Osobiście ubolewam, że pojęcie partnerstwa w edukacji nie tylko muzycznej niemal nie istnieje. A przecież wydaje się to być nie tylko fundament sukcesu artystycznego wykonania, ale chyba również niezwykle ważny warunek sukcesu bycia człowieka z człowiekiem i każdego wspólnego działania.
         Ubolewam, że w tym co dotyczy pojęcia partner i akompaniator, wciąż tyle zła się dzieje w dydaktyce instrumentalistów i śpiewaków i to od samego zarania ich kształcenia aż do akademii i uniwersytetu. Uczniowie i studenci przyzwyczajani są przez swych pedagogów do traktowania towarzyszącego im w procesie nauczania pianisty, jako elementu dodatkowego, świadczącego usługę, subordynowanego ich woli i intencji wykonawczej. Nawet sonaty, z których większość zwłaszcza klasycznych tworzona była jako sonaty für Klavier und Violine, traktowana jest przez pedagogów jako sonaty solowe na instrument z akompaniamentem fortepianu. Uważam to zwyczajnie za artystyczny skandal. Najgorsze jest to, że ta deformacja pozostaje u większości instrumentalistów na całe życie, skutkując zubożonym rezultatem artystycznym wykonania.
         W moim odczuciu, nauczanie grania zespołowego, od fundamentu jakim jest duet poczynając, winno odbywać się w klimacie partnerstwa pomiędzy dwoma lub wieloma wykonawcami, z których jeden jest instrumentalistą lub śpiewakiem, a drugi pianistą. Nie akompaniatorem!
         Przyznaję, że bez najmniejszego trudu dostrzegam analogię pomiędzy problemem muzycznego partnerstwa  i partnerstwa życiowego. Relacja partnerska, czyli układ pomiędzy ludźmi wolnymi, równymi sobie, niemal gwarantuje kreatywny sukces bycia razem; życiowy układ typu solista-akompaniator, aczkolwiek wielce popularny i dla wielu preferencyjny i atrakcyjny, pozostaje w sferze ryzyka i jest sprawą osobistego wyboru.


Wariacja XI:  O prognozach na przyszłość.

         Jestem przekonany, ze konflikt pomiędzy ideą akompaniatora i partnera nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki. Problem bowiem dotyczy chyba najtrudniejszej i najbardziej opornej materii, jaką jest ludzka świadomość i psychika. Nie muszę tu przywoływać znanej mądrości, że kropla drąży kamień. Od półwiecza, w asyście pokrewnie myślących entuzjastów, drążę ten akompaniatorski kamień. Nie mnie oceniać wynik tego drążenia.
         Jednym z największych sukcesów jest stworzenie na Wydziale II KKF, która nasącza młodych ludzi świadomością wolności wykonawczej i partnerstwa, niemal całkowicie eliminując zdeformowane pojęcie akompaniatora. Przygotowuje również młodych ludzi do postrzegania wykonawstwa zespołowego jako w pełni wartościowej alternatywy spędzenia życia w poczuciu satysfakcji i zadowolenia, z dala od wszelkich form frustracji i rozgoryczenia.
         Nie skrywam, że marzy mi się, aby idea partnerstwa stała się powszechnie dostrzegalnym logo prestiżu naszego Uniwersytetu i zaistniała nie tylko jak dotychczas na Wydziale Fortepianu, lecz pojawiła się, choćby  w postaci dorocznych seminariów lub zorganizowanych spotkań na obydwu wydziałach wykonawczych, instrumentalnym i wokalnym, oraz, co uważam za  niezwykle ważne, właśnie na wydziale I.


Coda.
        
         Za  osobliwie ważne uważam dzisiejsze spotkanie z Wami. To Wy, w istotnej mierze, będziecie promotorami kształtowanej Waszymi słowami partnerskiej świadomości środowiskowej i społecznej. Jestem przekonany, że będziecie trzonem kadry kształcącej młodych adeptów sztuki muzycznej; to Wy znajdziecie się w redakcjach przekaźników medialnych jako krytycy i recenzenci gazet i periodyków posługujący się słowem pisanym, oraz słowem mówionym, jako pracownicy radia i TV. Zresztą, na każdym posterunku pracy, wliczając w to pion urzędników różnych szczebli, aż po salony ministerialne.
         Żywię nadzieję, że również dla dyrygentów, ważnej elity wykonawców zawiadujących środowiskiem muzyków, mogą okazać się przydatne refleksje nie tylko ogólne, ale również  te kilka ważnych, sprawdzonych detali. Jak już wspominałem, nie są to refleksje wymyślone, lecz rezultat doświadczeń i żywej, wieloletniej obserwacji zarówno tych ze zwykłego poziomu jak i z czołówki rankingowej listy wykonawców.
         A kompozytorom,  być może szczególna idea muzycznego partnerstwa, też może się okazać użyteczna. Bo muszę wyznać, że w moim postrzeganiu, nawet relacje pomiędzy twórcą, wykonawcą i odbiorcą też w istocie maja charakter zbliżony do partnerskiego. Bez nas, wykonawców bowiem, nawet najpiękniejsze dzieło  geniuszu, byłoby skrawkiem papieru zapełnionego nikomu niepojętymi znakami, a z kolei nasze, nawet najznakomitsze wykonanie bez odbiorcy, byłoby do niczego nieprzydatnym hałasem.  
         I na zakończenie bardzo osobiste ubolewanie nad faktem, że partnerstwo, wprawdzie być może  nieco idealistyczne, ale jakże ważne dla sukcesu  bycia człowieka z człowiekiem, jest niemal  nieobecne w edukacyjnym formowaniu młodości. Dzisiejsze spotkanie traktuję jako ziarnko, które – jestem przekonany – pada na żyzny grunt  i wyda, trudny do przewidzenia jak duży, ale na pewno  piękny owoc.
         Dziękuję za zaproszenie i za uwagę. 

niedziela, 14 października 2012

Tekst nadesłany na Ogólnopolską Konferencję CENSA (Centrum Edukacji Nauczycieli Szkół Artystycznych), w Warszawie, 27/28 września 2012


  
         
           Nie skrywam, że bezpośrednio po opuszczeniu  gabinetu p. dyrektora Jędrzejca, kiedy po raz pierwszy przedstawił mi Projekt zmian w programie nauczania szkół muzycznych I i II stopnia, cały problem sprawiał wrażenie prostego i łatwego. Ale niemal natychmiast potem, temat bardzo się rozrósł, pojawiło się wiele wątpliwości i pytań, a odpowiedź na nie okazała się   niełatwa i złożona.
           Z założenia nie podejmuję się oceny szczegółowej Projektu  głównie dlatego, że całą mają półwieczną aktywność dydaktyczną realizowałem niemal wyłącznie na szczeblu akademickim. Oceną taką winni raczej zająć się pedagodzy kompetentni, eksperci od nauczania w szkołach muzycznych I stopnia w szczególności.  Stąd, moje refleksje mają charakter bardziej ogólny. Z ich mnogości wybieram kilka, które wydają  się być wiodące.

Refleksja pierwsza: O idei zmian programu nauczania.
            Wprawdzie mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego, co wcale  nie oznacza zgody na zachowanie status quo, na pozostawanie w  miejscu.  Rzeczywistość się przecież zmienia, czy chcemy tego czy nie. Wydaje mi się ze wszech miar zasadne, żeby w te zmiany włączyć się świadomie i z wyboru, wykorzystując każdą szansę wpływania na ich kształt. Taką właśnie próbą wydaje się być przedstawiony Projekt.
            Nasze rodzime szkolnictwo muzyczne ma swoje niewątpliwe walory, o czym świadczą absolwenci, którzy przecież wcale nie przegrywają w konfrontacji ze swoimi pokoleniowymi rówieśnikami na całym świecie. Co również nie oznacza, że nie powinno się podejmować prób nie tyle ulepszania tego, co jest dobre, ile raczej eliminowania tego, co jest wadliwe.

Refleksja druga: O tzw. profesjonalizmie.
            Zawsze odnosiłem wrażenie, że w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany, każdy uczeń szkoły muzycznej, od samego początku nauki, traktowany jest z wszystkimi tego konsekwencjami, jako potencjalny, zawodowy muzyk, z ukierunkowaniem na indywidualny sukces. W moim odczuciu, przekłada się to na klimat niebezpiecznej rywalizacji i rozbudzania w efekcie destruktywnej ambicji, które, niestety, u bardzo wielu prowadzą w efekcie do poczucia porażki, zawodu, rozgoryczenia i wszelkich odcieni frustracji.
            Z drugiej strony, powinnością szkoły muzycznej, jako szkoły specyficznie „zawodowej”, jest zapewnienie  uczniom możliwości optymalnych warunków rozwoju ich talentów  i w perspektywie, zdobywanie artystycznych szczytów.
            Dochodzi do tego ogólny problem kształcenia muzycznego, które, w moim odczuciu, oprócz ewidentnej wiedzy ściśle profesjonalnej, winno przede wszystkim przekazywać młodemu człowiekowi informacje o sztuce, o pięknie. O sztuce, która jest być może najbardziej wyrafinowanym owocem ludzkiego umysłu  i o pięknie, które jest jej istotą. Wydaje mi się, że w zasadzie, takim kształceniem winna zajmować się szkoła ogólnokształcąca, w której uczy się języka, matematyki, fizyki i kilkunastu innych przedmiotów, lecz sztuka i piękno, kultura są w niełasce, wręcz pomijane albo zgoła nieobecne.  
            Projekt przewiduje, że  nie wszyscy uczniowie są predestynowani do muzycznej profesji i dla nich, proponuje się na szczeblu podstawowym, rodzaj czynnego, zespołowego kontaktu z różnymi rodzajami muzyki. Uważam tą ofertę za jedną z większych zalet Projektu, ponieważ gwarantuje żywy kontakt z muzyką, tym najbardziej abstrakcyjnym i uniwersalnym językiem porozumiewania się pomiędzy ludźmi, a opiera się bardziej na idei zabawy i przyjemności, wolnej od poczucia obowiązku i powinności.
            Niewątpliwie, naczelnym celem szkolnictwa muzycznego jest  kształcenie  profesjonalistów, ale chyba niemniej ważne jest przekazywanie informacji o   sztuce, o najszerzej pojętej kulturze, w tym o niewymiernie ważnej kulturze bycia człowieka z człowiekiem, ze zbiorowością. I to właśnie postrzegam jako fundamentalnie istotne w kreowaniu mentalnej sylwetki człowieka.
            Do szkoły muzycznej I stopnia, winne mieć swobodny dostęp zarówno dzieci obdarzone zdolnościami muzycznymi jak i te, które same wyrażają po temu ochotę, lub są stymulowane przez rodziców; w moim odczuciu, szkoła muzyczna II stopnia winna mieć charakter już bardziej profesjonalny. Chociaż nie wszyscy przyjmowani do szkoły I stopnia zwieńczą swą edukację dyplomem akademii lub muzycznego uniwersytetu, nikt jednak nie jest w stanie przewidzieć, kiedy i w jakich okolicznościach odezwie się w ich dorosłym życiu, nawet w dziedzinach dalekich od sztuki, nadruk muzycznego piękna, który otrzymali w dzieciństwie i młodości.  

         Refleksja o graniu zespołowym. Podobnie jak deformujący profesjonalizm, tak i za dominującą w uczniowskim środowisku możnaby uznać nieco zakamuflowaną  preferencję solistyczną,  w domyśle przywołującą docelowo imiona Rafała, Konstantego czy Krystiana. Granie zespołowe, czy po prostu, zespołowe uprawianie muzyki, pomimo wyraźnie dostrzegalnego postępu, bywa jeszcze traktowane drugoplanowo, nieco jakby po macoszemu.
            W przedstawionym Projekcie pojawia się bardzo pozytywna i wartościowa inicjatywa przyznania graniu zespołowemu, zbiorowemu muzykowaniu, należnego mu miejsca. Forma tej propozycji nie jest bez niedoskonałości i na pewno będzie wymagać solidnego,  profesjonalnego dopracowania. Granie zespołowe winno być wszak traktowane jako  równe indywidualnemu, solowemu, bez nawet śladowej aluzji o jakiejś rzekomej nierówności lub specjalizacji. Idea ta winna zaistnieć w świadomości uczących i tych, którzy są uczeni, od pierwszego kontaktu z muzyką. Granie zespołowe, niezależnie od walorów ściśle profesjonalnych, dających ogromnej rzeszy muzyków możliwość wartościowej samorealizacji zawodowej i życiowej, uwrażliwia na społeczny aspekt wspólnoty i partnerstwa. A niestety, piękno i partnerstwo, wydają się być mocno zaniedbane  w całym systemie edukacji, nie tylko muzycznej.
            Pewnym niepokojem napawa mnie mentalny problem relacji pomiędzy graniem indywidualnym/solowym i graniem zespołowym w szkołach I i II stopnia. Nie wykluczam możliwości fałszywego i wielce szkodliwego hierarchizowania oraz uprzywilejowania grania solowego w stosunku do zespołowego. Wiąże się to ze zdeformowanym, zakorzenionym w środowisku pojęciem, że jakoby ten zdolniejszy zostaje solistą, a ten mniej wyposażony w zdolności, zostaje wykonawcą  zespołowym. Sama rzeczywistość wskazuje na błąd podobnego postrzegania. Można być marnym solistą i bardzo wybitnym wykonawcą zespołowym. Oba te typy wykonań oczekują absolutnej perfekcji od grającego. Dlatego, w moim pojmowaniu, wykonawcza edukacja muzyczna, od samego zarania nauki powinna się rozwijać w rozsądnych proporcjach dwutorowo, indywidualnie/solowo i kameralnie/ zespołowo. Bez żadnej hierarchii i z dala od powszechnych pokus wprowadzania jakiejkolwiek specjalizacji. Apeluję tu do tych, którzy będą podejmować finalną decyzję o losie Projektu, aby nie rozstawali się z sygnalizowaną przez mnie refleksją i dopilnowali jej urzeczywistnienia.
            W wysokiej cenie mam inicjatywę Autorów Projektu o tzw. szkołach pilotażowych. To kapitalny pomysł, kopalnia nowych doświadczeń i nade wszystko - nawet jeśli nie całkowicie, to przynajmniej w ogromnym stopniu - szansa na uniknięcie błędów zbyt pochopnego działania.

         Refleksja o samym Projekcie.  Inicjatywę pojawienia się Projektu postrzegam jako bardzo pozytywną. Powaga, z jaką traktowana jest przez sterujących resortem Kultury, nadaje  jej charakter kreatywny i odpowiedzialny. Oczywiście, przed podjęciem decyzji o jego wdrażaniu,  Projekt oczekuje głębokiego namysłu, rozwagi i środowiskowego dialogu, co – na szczęście – już się dzieje. Przecież myślenie i dialog, są nieskończenie mniej kosztowne, niż nierozważnie wprowadzone innowacje, których efektem pomimo najlepsze zamiary, w miejsce postępu i kreacji, może pojawić się destrukcja i spustoszenie.
            Chodzi mi po głowie idea z gatunku know how w dziedzinie muzycznego kształcenia, również chyba opłacalnym kosztem możliwa do zrealizowania. A może udałoby się zorganizować wizytę kompetentnego fachowca o szerokich horyzontach, który przyjrzałby się, jak podobna edukacja funkcjonuje w kilku wybranych krajach? Mógłby to być np. kierunek niezbyt popularny, czyli na wschód, oraz do krajów anglosaksońskich i germańskich? Nie dla kopiowania ich systemów, lecz dla konfrontacji i zdobycia informacji. Być może okazałoby się, że wiele drzwi jest już otwartych a horyzonty są od dawna poszerzone?
            Może, niezależnie od standardowo działających szkól muzycznych dla normalnie uzdolnionych i dla tych, którzy pragną jedynie po prostu zapoznać się z fundamentem muzyki i zwyczajnie uwrażliwić na  kulturę, stworzyć szkołę dla wybitnie utalentowanych, jedną na cały kraj? Chcę zacytować trzy znane mi  tego typu szkoły, które wynikami bardzo skutecznie uzasadniają swe istnienie. Są to: Instytut Gnesinych w Moskwie (jeden na całą Rosję), Instytut Yehudi Menuhina pod Londynem  (jeden na całą Wielką Brytanię) i nowojorski Juilliard (tzw. młodzieżowy, jeden na całe Stany). Może wartoby się przyjrzeć ich idei, nawet jeśli nie osobiście, to chociaż przez Internet? A generalne, nie ustawać w przekonywaniu decydentów, o potrzebie nauczania kultury w szkołach ogólnokształcących: tej kultury, która jest owocem bliższej znajomości ze sztuką, kultury fizycznej na codzień i wreszcie kultury bycia człowieka z człowiekiem, która żywi się ideą partnerstwa.             
            Nie była moją intencją drobiazgowa analiza  detali ani sformułowań Projektu, w większości  bardzo celnych, ale także wielu mylących, albo wręcz wadliwych. Chciałbym tylko na zakończenie raz jeszcze wyartykułować dwie, fundamentalnie ważne, już wspomniane inicjatywy: to szkoły pilotażowe i  zespołowe uprawianie muzyki przez dzieci w szkołach I stopnia. Obydwie są nie do przecenienia.


Luksemburg, 17 września 2012

niedziela, 1 lipca 2012




 


DEKALOG POWINNOŚCI AKADEMII  MUZYCZNEJ.

I.                    Nadrzędnym celem Akademii jest służenie Sztuce i człowiekowi.

II.                 Dobro studentów i ich talentów jest wiodącą wartością Akademii.

III.               Akademia powinna być wolna od uwarunkowań i preferencji wszelkich opcji politycznych i światopoglądowych.

IV.              Akademia powinna być uczelnią typu uniwersyteckiego, której horyzont poznania ludzkiego umysłu, nie jest ograniczany żadnymi względami.

V.                 Akademia jest spadkobierczynią wysiłków i dorobku wielu minionych pokoleń. Otwarcie na nowe, nie oznacza anihilacji tego, co  nowym być przestało.

VI.              Akademia, nawet wchodząc w nieuniknione zależności struktur europejskich i światowych, powinna zachować swoje oryginalne oblicze i własną tożsamość.

VII.            Akademia powinna  nie tylko kształcić kunszt artystyczny powierzonej młodzieży, lecz także nauczać ją słowem i przykładem, najszerzej pojętej kultury bycia z drugim człowiekiem.

VIII.         Akademia powinna być świadoma, że jednym z największych jej zagrożeń jest akademizm.

IX.              Akademia, dla swej społeczności powinna być przyjaznym domem, a pedagogom zapewnić optymalne warunki pełnej samorealizacji, niezależnie od ich preferencji estetycznych, światopoglądowych i politycznych.

X.                 Parafrazując słowa poety, dla swej społeczności, „Akademia, to wielki – zbiorowy – obowiązek”.

środa, 27 czerwca 2012

Katedra Kameralistyki Fortepianowej (KKF) Podstawa ideowa. Powinności


Katedra Kameralistyki Fortepianowej (KKF).

                                      Podstawa ideowa. Powinności

1.      Zakres działania KKF obejmuje wszelkie niesolowe formy artystycznej aktywności wykonawczej pianisty, a więc to, co tradycyjnie określane jest mianem akompaniamentu, rozmaite możliwe kombinacje zespołów instrumentalnych z fortepianem, korepetycje na wszystkich szczeblach edukacji muzycznej instrumentalistów i wokalistów, oraz tzw. coaching, czyli specyficzną formę współpracy pianisty ze śpiewakiem w teatrach operowych lub prywatnie.
2.      KKF promuje ideę partnerstwa, jako optymalną relację pomiędzy wykonawcami.
3.      Relacje typu solista – akompaniator, są eliminowane z aktywności KKF. Pojęcie akompaniamentu, jest w zasadzie ograniczone wyłącznie do relacji pomiędzy elementem wiodącym i wtórującym utworu.
4.      KKF ma charakter problemowy, tzn. problemy profesjonalne i artystyczne są preferencyjne wobec problemów socjalno-bytowych.
5.      KKF nie jest własnością Kierownika, lecz całego gremium. Powinnością Kierownika jest rozwiązywanie kwestii merytorycznych i organizacyjnych, związanych z funkcjonowa-niem KKF. W sprawach artystycznych, rola ta winna mieć charakter  stymulowania, bardziej niż kierowania sensu stricto.
6.      KKF winna zapewnić całemu gremium możliwości nieskrępowanego rozwoju w klimacie poszanowania indywidualnych odrębności. KKF winna zagwarantować, aby każdy z jej członków mógł wypowiadać swoje myśli i refleksje w poczuciu wolności i w przekonaniu, że cokolwiek powie, nie zostanie użyte przeciwko niemu.
7.      KKF jest narzędziem, które może ułatwić skuteczne rozwiązywanie problemów organizacyjnych i formalnych, w relacjach z władzami zarządzającymi  środowiskiem edukacji muzycznej.
8.      KKF jest otwarta na współpracę i dialog z innymi, pokrewnymi organizmami uczelnianymi, krajowymi i zagranicznymi, kształcącymi pianistów w zakresie grania zespołowego.
9.      Wprawdzie naczelnym celem KKF jest kształcenie artystów, mistrzów gry zespołowej, ale jedną z powinności, jest również przygotowanie do pracy w roli coacha i pianisty-koreptytora, współpracującego z wokalistami i instrumentalistami w całym ich procesie dydaktycznym. Ze względu na ograniczenia wynikające z napiętego toku studiów i konieczność przyswojenia sobie wielu informacji, przygotowanie takie może mieć charakter propedeutyczny.
10.  KKF prowadzi dialog ze środowiskiem pianistów- korepetytorów współpracujących z wydziałem instrumentalnym i wokalnym. Pożądaną byłaby oddzielna forma organizacyjna w łonie KKF, np. Zespól Pianistów-Korepetytorów, który zajmowałby się sprawami merytorycznymi i bytowymi tego środowiska.        

niedziela, 10 czerwca 2012

Ankieta p.Moniki Pawlas

Ospowiedzi na ankietę pianistki, p.Moniki Pawlas do jej pracy dyplomowej w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, w 2012 roku. 

 

 

 

Rozmowa z prof. Jerzym Marchwińskim /UMFC w Warszawie/

 

Monika Pawlas: Jakie warunki muszą być spełnione, aby mówić o partnerstwie
w muzyce?
Prof. Jerzy Marchwiński: Partnerstwo, w moim pojmowaniu, stanowi rodzaj dobrowolnego układu pomiędzy dwoma lub wieloma wolnymi osobami, dla osiągnięcia celu, jakim może być wspólne dobro, sukces, korzyść, zysk, wartość wszelkiego autoramentu, czyli – jednym słowem – kreowanie życia. Muzyczne partnerstwo pomiędzy wykonawcami, to wspólne starania o możliwie najdoskonalsze, najbardziej zrozumiałe, najprawdziwsze, najpiękniejsze przekazanie odbiorcy myśli i uczuć twórcy, zamkniętych w zapisie nutowym. Od razu przywołuję duet jako partnerski układ podstawowy, najprostszy, najbardziej klarowny.
To w nim, jak w soczewce, skupiają się wszystkie potencjalne oczekiwania udanego bycia razem z drugim człowiekiem, z drugim muzykiem, z drugimi ludźmi, z drugimi muzykami. Za wiodące cechy takiego układu, oprócz ewidentnej, możliwej do osiągnięcia indywidualnej perfekcji profesjonalnej, postrzegam: współodpowiedzialność za całość wykonania, wzajemność, szacunek do partnera, rozumienie partnera, otwartość na dialog, gotowość zaakceptowania odmienności partnera, wewnętrzna przestrzeń, umiejętność równoczesnego słyszenia siebie i partnera, kultura bycia z drugim człowiekiem, zaufanie do partnera, umiejętność zaakceptowania kompromisu, takt w rozwiązywaniu napięć, wyrozumiałość wobec niedoskonałości partnera i swoich własnych. Partnerstwo, jak każda wartość, nie dzieje się samo. Podobnie jak kultura czy cała sfera uczuć, oczekuje troski, wysiłku, mądrości. Trudno jest mi sobie wyobrazić udane partnerstwo bez respektowania wspomnianych oczekiwań. Antytezą muzycznego partnerstwa jest układ
solista-akompaniator, w którym w oparciu o poza artystyczne racje, jeden z wykonawców jest jakby a priori uprzywilejowany, a drugi, jakby a priori subordynowany. Relacje takie budziły i budzą mój sprzeciw przez swój charakter anachroniczny, pełen mniej lub bardziej zakamuflowanych, pejoratywnych, szkodliwych artystycznie konotacji. Przecież wszystkie elementy dzieła muzycznego, dla finalnego, doskonałego efektu, muszą być realizowane perfekcyjnie. To nie ważne, że prawa ręka Chopinowskich Nokturnów śpiewa wiodącą kantylenę, a lewa realizuje tylko jakby uzupełnienie. To uzupełnienie musi być równie doskonałe, bo w przeciwnym wypadku, wykonanie całego nokturnu jest zmarnowane. Tak, jak jeden wykonawca realizujący cały utwór musi nie tracić na moment odpowiedzialności za całość, dokładnie identycznie, muzykom realizującym wspólnie utwór nie wolno rozstawać się ze świadomością realizacji całości, w domyśle – nie tylko swoich tzw. partii.
M. P.: Jakie warunki muszą być spełnione w przypadku dialogu muzycznego?
J. M: W moim odczuciu, każdy dialog to jakby skierowanie wektorów aktywności ku dobru wspólnemu. Niestety, w tzw. rzeczywistości, wektory te bywają skierowane często przeciwko sobie.
M. P.: Czy te dwa aspekty są w jakiś sposób od siebie zależne?
J. M: Generalnie, partnerstwo i dialog wydają się być nierozdzielne.
M. P.: Czy pianista-solista może być dobrym kameralistą bez wcześniejszego przygotowania w tym kierunku?
J. M.: Postrzegam dwie tylko dwie formy aktywności wykonawczej pianisty, a właściwie, każdego muzyka: solową i zespołową. Kształcenie zdecydowanie uprzywilejowuje granie solowe w stosunku do zespołowego, które bywa traktowane marginalnie. Jest duża ilość informacji profesjonalnych dotyczących wykonawstwa zespołowego, które można i powinno się przekazać każdemu młodemu człowiekowi. Dotyczy to zarówno profesji jak i aspektu psychologicznego.
M. P.: W jaki sposób śpiewak i pianista mogą się nawzajem inspirować?
J. M.: Zwyczajnie: swoimi talentami, wyobraźnią, wrażliwością, wiedzą, doświadczeniem, mentalnością, osobowością.
M. P.: W jaki sposób tekst literacki wykonywanych pieśni może zainspirować śpiewaka
i pianistę?
J. M.: Tekst słowny jest kluczem do interpretacji obydwojga wykonawców. W moim odczuciu, opanowanie tekstu, zrozumienie go i logiczne artykułowanie, jest podstawowym krokiem od którego winno się rozpoczynać studiowanie utworów ze śpiewem, zarówno przez śpiewaka, pianistę jak i np. przez dyrygenta.
M. P.: Co przede wszystkim powinno kierować muzykami w trakcie pracy nad utworem?
J. M.: Znajomość i aplikacja najszerzej rozumianych umiejętności profesjonalnych.
M.P.: Czy partnerzy powinni określać lub narzucać sobie pomysły interpretacyjne?
Czy jest to dopuszczalne, jeśli mówimy o partnerstwie?
J. M.: O nazrzucaniu nawet nie wspominam! Tu jest pole do popisu dla dialogu i miejsce na refleksje, że dwa monologi nie tworzą dialogu. Nie tylko zresztą w muzyce.
M. P.: Co zrobić kiedy ponad ideą wierności muzyce przeważa idea autoprezentacji partnera?
J. M.: Wydaje mi się, że dominacja autoprezentacji jest śliskim terenem, w zasadzie, wykluczającym relacje partnerskie, a skłaniającym się do układu solista-akompaniator. Takie układy oczywiście powszechnie istnieją i mają się całkiem dobrze. Ale jest to osobniczy wybór zaakceptowania dominacji i subordynacji. Dla prywatnej informacji uzupełniam,
że nigdy nie byłem niczyim akompaniatorem; być może z wyjątkiem konkursów, podczas których z powodów oczywistych akceptowałem podporządkowanie się uczestnikowi, ponieważ był to jego konkurs.
M. P.: Co można zrobić, aby w długotrwałym układzie duetowym wyeliminować elementy rutyny, bądź też przyzwyczajenia się do jednej interpretacji?
J. M.: Wydaje mi się, że zarówno w rutynie jak i w przyzwyczajeniu wymieszane są elementy pejoratywne i przydatne, pozytywne. Jak zwykle, niemal wszystko zależy od osobowości, wrażliwości, inteligencji, kultury i postawy życiowej każdego człowieka.
M. P.: Oprócz rozwijania techniki i poszerzania repertuaru samoocena należy
do najważniejszych rzeczy, których muzyk musi przestrzegać, aby utrzymać wysoką jakość wykonania. Samoocena jest to problem, który moim zdaniem jest zbyt rzadko poruszany. Jakie to może mieć konsekwencje na różnych szczeblach edukacji, a jakie
w przypadku profesjonalnego muzyka?
J. M.: Nie wiem jak postępują inni pedagodzy. Od moich studentów wymagałem niemal
od pierwszego spotkania w pierwszym rzędzie oceny wykonania przez nich samych, jeszcze zanim usłyszeli moją ocenę. Moim zdaniem, samoocena należy do jednej z naczelnych umiejętności profesjonalnych, której podstaw i nawyków można i powinno się uczyć
w okresie edukacji szkolnej i akademickiej. Trudno mi sobie wyobrazić profesjonalnego, czyli dojrzałego muzyka, któremu obca jest samoocena.
M. P.: D. Fischer-Dieskau stwierdził, że każdy „nowy” pianista, z którym może coś wykonać wnosi inne spojrzenie na pieśń. Czy mając to na uwadze korzystna jest w Pana ocenie praca z jednym pianistą, czy raczej z kilkoma?
J. M.: Wydaje mi się, że jest to sprawa indywidualnego wyboru i wrażliwości. Pragnę podkreślić, że pieśń to nie tylko śpiewak, ale również pianista. Problem jednego lub kilku partnerów jest w zasadzie identyczny u obydwu.
M.P.: Czy tradycja wykonawcza powinna mieć wpływ na wykonywanie utworów?
J. M.: W moim odczuciu, stosunek do tradycji winien być przede wszystkim poznawczy, ale daleki od zniewolenia.
M. P.: Kiedy w związku z tym powinno się słuchać nagrań szukając inspiracji, a kiedy podążać własną drogą?
J. M.: Ważny jest rezultat finalny. Reszta, jak w większości problemów wykonawczych, dotyczących głównie interpretacji, to sprawa indywidualnych preferencji.
M. P.: Co w Pana odczuciu jako osoby prowadzącej kameralne kursy mistrzowskie jest decydujące podczas spotkań z wykonawcami na tego rodzaju kursach?
J. M.: W moim postrzeganiu, każdy kurs mistrzowski, nie tylko kameralny, to dość szczególna forma doskonalenia profesji. Na ogół, jest to jednorazowe spotkanie z mistrzem. Może się zdarzyć, że jedna uwaga, jedna refleksja, niekiedy jedno słowo, może mieć bardzo dalekosiężne skutki. Uważam natomiast za wielce niebezpieczne oczekiwanie uczestnika,
że mistrz da mu receptę na wielkość i sukces. Każdy mistrz może pomóc w doskonaleniu profesji, ale żaden mistrz nie może nauczyć talentu. Próżne nadzieje niekiedy dożywotnich wędrowców od jednego mistrza do drugiego!
M. P.: Czy kameralistyka wokalna ma szansę na większy rozwój w Polsce?
J. M.: Mam nadzieję, że tak. Ale bardzo wiele zależy od atrakcyjności wykonań.
M. P.: Czy rynek muzyczny jest na to przygotowany?
J.M.: Generalnie, nie zajmuję się sprawami rynku ani u nas, ani w świecie. To problem managerów kultury. Moją jedyną troską była, jest i będzie jedynie perfekcja wykonawczej profesji.
M. P.: Co spowodowałoby zmianę odczucia wśród młodych muzyków, że kameralistyka to nie tylko dodatek do grania solo, ale najlepsza droga rozwoju osobistego, artystycznego, a także możliwość konfrontacji z innymi muzykami?
J. M.: Świadome kształcenie od zarania nauczania muzyki w przekonaniu, że wykonawstwo zespołowe jest równie istotne jak wykonawstwo solowe.