niedziela, 6 listopada 2016

REFLEKSJE O PARTNERSTWIE. Wystąpienie podczas ceremonii otwarcia Centrum Promocji Partnerstwa, Bydgoszcz, 3 listopada 2016

Prof. Jerzy Marchwiński



REFLEKSJE O PARTNERSTWIE

Asystujecie Państwo w wydarzeniu unikatowym i bez precedensu. Jest to inauguracja egzystencji Centrum Promocji Partnerstwa z siedzibą w Bydgoszczy. Wprawdzie inicjatywa Centrum wyszła ode mnie, ale jej realizacja, bez zaangażowania, aprobaty i charyzmy Pani Dyrektor Ewy Stąporek-Pospiech, byłaby absolutnie niemożliwa.

    Cele istnienia Centrum:
·       Uświadamianie środowisku wykonawców wartości grania zespołowego od początku kształcenia muzycznego.
·       Uświadamianie środowisku muzycznemu, że artystą jest nie tylko tzw. solista, ale w równej mierze muzyk, który gra w zespole. Wszystko zależy od postawy i profesjonalnego poziomu przygotowania.
·       Uświadamianie środowisku muzycznemu realnego faktu, że znikomy procent a nawet, zaledwie promil spomiędzy nich będzie się w życiu realizować w artystycznej aktywności solistycznej. Wszyscy pozostali, będą się realizowali w artystycznej aktywności zespołowej, we wszystkich możliwych układach, oraz jako pedagodzy. Obowiązkiem kształcenia jest przygotowanie muzycznej młodzieży do tej rzeczywistości zarówno profesjonalnie jak i, co szczególnie ważne, psychologicznie.
·       Promocja idei muzycznego partnerstwa.
   
Droga do celu to:
·       Spotkania/lekcje/wykłady/publikacje
·       Kursy mistrzowskie (master classes)
·       Sympozja
·       Konferencje
·       Koncerty



Odważyłem się użyć dwu określeń, unikatowy i bez precedensu, ponieważ według mojego rozeznania, temat partnerstwa, nie tylko muzycznego, właściwie dotychczas  nigdy i nigdzie nie był traktowany jako oddzielny. Zwykle partnerstwo kojarzone jest niemal wyłącznie z businessem, czymś oficjalnym i jakby urzędowym. O partnerstwie człowieka z człowiekiem, człowieka z ludźmi, nie ma żadnego śladu ani w literaturze ani w filozofii ani w poezji.
A przecież, przynajmniej w moim postrzeganiu, partnerstwo przynależy do trzech, chyba najbardziej kreatywnych i skutecznych pojęć, łączących ludzi, szczególnie dwoje i stanowiących rodzaj gwaranta sukcesu współżycia i współpracy. Te trzy pojęcia to miłość, przyjaźń i właśnie, partnerstwo. O miłości, hektolitry atramentu zostały wylane przez pisarzy, poetów i filozofów; o przyjaźni, wydatnie mniej a o partnerstwie, na wszystko co zostało napisane wystarczyłoby zawartość niewielkiego kałamarza.
Mój pierwszy sygnał o znaczeniu muzycznego partnerstwa miał miejsce ponad pół wieku temu, podczas archiwalnego nagrania „Winterreise”. Mimo, że wychowany w klimacie akompaniamentu i akompaniatora uświadomiłem sobie już wtedy, że to, co ma fortepian do zagrania w tym arcydziele, nie ma nic wspólnego z tradycyjnym pojęciem akompaniamentu, lecz jest integralną częścią całości, jaką jest Pieśń Schuberta. Identycznie, jak lewa ręka w Chopinowskim Nokturnie nie jest jakimś dodatkiem, lecz organicznym elementem całości Nokturnu. Marne zagranie tego elementu, degraduje nawet najpiękniej zaśpiewaną kwestię prawej ręki.
Od tego czasu zawsze postrzegałem utwory dla dwu lub więcej wykonawców jako całość, bez względu na to, czy było to arcydzieło Schuberta, Brahmsa czy innego Wolfa, czy utwór skromniej wyposażonego twórcy. Nigdy nie postrzegałem utworu jako różne partie, z których jedna jest uprzywilejowana, realizowana przez tzw. solistę, a pozostała lub pozostałe, subordynowane, realizowane przez tzw. akompaniatorów. Wtedy też jasno uświadomiłem sobie, że wykonawcy utworu zespołowego są artystami równymi, wolnymi, wspólnie odpowiedzialnymi za jakość wykonania, że ich wzajemna relacja jest zawsze partnerska, a nie deformująca, solistyczno-akompaniatorska, przypominająca chód człowieka z jedną nogą upośledzoną, słabszą, albo lot ptaka z jednym mniej sprawnym skrzydłem.
Pojęcie partnerstwa stało się w sposób naturalny dominantą całej mojej skromnej aktywności artystycznej, zarówno wykonawczej jak i pedagogicznej. Swoistego rodzaju odkryciem było uświadomienie sobie, że partnerstwo człowieka z człowiekiem, najpełniej i najbardziej autentycznie identyfikuje się z muzycznym partnerstwem. Dlatego też, moje refleksje, jedynie posługują się pojęciem partnerstwa muzycznego, które pełni funkcje czegoś w rodzaju pretekstu. Doprawdy, chyba idea partnerstwa żadnej innej formy ludzkiej aktywności nie zbliżyłaby się nawet do sformułowanego przeze mnie, nieco uśmiechniętego „Dodekalogu muzycznego partnerstwa”. Stąd zresztą uświadomienie sobie, że sztuka nie jest ornamentem na życiu, że jest życiem samym
Również ok. pół wieku temu spostrzegłem, że indywidualnych wykonawców muzyki, powszechnie zwanych solistami, jest znikomy procent, a może nawet tylko promil. Wszyscy inni, z wyjątkiem instrumentalistów klawiszowych, może harfy i gitary, są wykonawcami, których fundamentalna część aktywności artystycznej upływa w asyście innych wykonawców, od duetu poczynając na wielkiej orkiestrze symfonicznej kończąc. Czyli, w istocie, są wykonawcami zespołowymi.
I tu od razu problem relacji pomiędzy nimi. W pewnym uproszczeniu, rozróżniam dwie opcje relacji pomiędzy wykonawcami zespołowymi: albo partnerska, pomiędzy dwojgiem wolnych artystów, albo układ solista-akompaniator, w zdeformowanym układzie, kiedy jeden z wykonawców jest a priori uprzywilejowany, a drugi, a priori subordynowany.
W moim postrzeganiu, układ partnerski jako jedyny sprzyja osiągnięciu sukcesu wykonania, najlepszego, najpełniejszego rezultatu artystycznego, w klimacie sojuszu, wolności i satysfakcji wszystkich wykonawców. Jestem głęboko przekonany, że ze względu na ten finalny, możliwie najdoskonalszy rezultat kreowania sztuki wykonawczej, dorastanie młodego człowieka w klimacie partnerstwa, winno rozpocząć się niemal od pierwszego kontaktu z nauczaniem muzyki.
Wypada mi dodać, że pewna forma układu akompaniatorskiego funkcjonuje również w realnej rzeczywistości środowiskowej. W przypadku artystycznym, kiedy istnieje relacja pomiędzy elementem wiodącym i wtórującym, których ważność zmienia się w przebiegu utworu, zależnie od woli ich twórcy. Wtedy, wykonawcy są między sobą wymiennie solistami albo akompaniatorami. I w przypadku praktycznym, kiedy tzw. akompaniator, zwykle pianista, pomaga innym wykonawcom podczas rozmaitych konkursów, przesłuchań, w rzeczywistości teatrów operowych, itp.
Stosunkowo niedawno zdałem sobie sprawę, że de facto, w tych moich rozważaniach o partnerstwie, zdecydowanie brak jest jasno sformułowanej definicji i opisu partnerstwa. Dlatego, teraz chciałbym zacytować relatywnie kompletne określenie pojęcie partnerstwa z mojego Eseju o muzycznym partnerstwie:
        „W The Encyclopedia Britannica, hasło Partnership (Partnerstwo), brzmi następująco: “Partnership, voluntary association of two or more persons for the purpose of managing a business enterprise and sharing its profits or losses”, czyli: “Partnerstwo, dobrowolny związek dwu lub więcej osób, którego celem jest prowadzenie przedsięwzięcia oraz dzielenie jego zysków lub strat”.
          Tak brzmi definicja partnerstwa w tej, być może, najznakomitszej encyklopedii, jaka istnieje na świecie. Właściwie, nic dodać, nic ująć. Wszystko jest powiedziane, zwięźle i zrozumiale.
          Ala zaraz po lekturze definicji wspomniała mi się wyborna, niezwykle mądra i ważna anegdota o dociekliwym uczniu, który zapytał mistrza, rabina, czy można w jednym zdaniu streścić całą Torę.  Oto odpowiedź, którą usłyszał z ust mistrza, (podejrzewam, że okraszoną nieco filozoficznym uśmiechem): „Of course, yes. What is hateful to you, do not do to your neighbor. This is the whole Torah. The rest is commentary”, co w dowolnym tłumaczeniu brzmi: ”Oczywiście, tak. Nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe. To jest cała Tora. Reszta, to komentarz”.
Podobnie z partnerstwem. Istota encyklopedycznej definicji ma wymiar jednego, krótkiego zdania. Teraz miejsce na komentarz. Oczywiście, będzie to komentarz osobisty. Nigdy nie ośmieliłbym się nawet na chwilę pomyśleć o jakimś komentarzu uniwersalnym.
          Zacznę od refleksji, że partnerstwo, podobnie jak kultura i wszelkie kreatywne relacje pomiędzy ludźmi, nie dzieje się samo. Wszystko wymaga wysiłku, zaangażowania, mądrości, wytrwałości, może też w pewnym sensie poświęcenia i innych, im podobnych, pokrewnych wartości.
          W konkretnym przypadku muzyka, warunkiem nieodzownym jest możliwy do osiągniecia, indywidualny poziom umiejętności profesjonalnych. Nie mam na myśli jakichś wartości absolutnych. Chodzi mi raczej o poziom aktualny, uczniowski, poziom studencki i w końcu, poziom dojrzałego artysty.
          Spomiędzy wielu ważnych wartości, zdecydowałem się do mojego osobistego komentarza wybrać 12, bez jakiejś hierarchicznej kolejności, które mogą stanowić listę potrzebnych elementów dla w miarę kompletnego obrazu całości. Taki, wspomniany już „Dodekalog muzycznego partnerstwa”.

          Są to:
Wartość pierwsza: Wspólna, wzajemna odpowiedzialność za całość wykonania.
          Solista realizuje wykonanie utworu sam jeden, na swoją wyłączną odpowiedzialność. Jego jest sukces i jego jest niepowodzenie. Nie musi z nikim i z niczym się liczyć.
          W partnerskim wykonaniu zespołowym, odpowiedzialność ma podwójny charakter: za część utworu realizowaną przez siebie oraz za walor całości. Wykonawca winien działać w nieustającej świadomości, że marnie realizowana przez niego część utworu, degraduje wykonanie, deprecjonując wysiłek i starania pozostałych uczestników wykonania.
Wartość druga: Wzajemność.
          Niepodobieństwem jest wyobrazić sobie partnerstwo w jedną stronę, podobnie jak przyjaźń. Jedynie, w pewny sensie, można sobie wyobrazić miłość nieodwzajemnioną. Oczekiwanie szczęścia i sukcesu w takim układzie jest osobistą sprawą zakochanego, na jego wyłączną odpowiedzialność.
          Zawsze myślałem – proszę mi wybaczyć, że zacytuje sam siebie: To, że ja panią kocham, pani do niczego nie zobowiązuje, a mnie, do niczego nie upoważnia.
Wartość trzecia: Rozumienie.
          Rozumienie pojmuję zarówno w sensie dosłownym, jak i w sensie szerokim. W sensie dosłownym, prostym, wbrew wszelkim pozorom, rozumienie wydaje się być niepozbawione znaczenia. Każdy człowiek przecież, nawet we wspólnym, rodzimym języku, ma specyficzny sposób wysławiania się i wypowiadania swych myśli, indywidualne poczucie humoru, intonację i styl zwracania się do bliźnich. Nierzadko się zdarzają nieporozumienia, nawet irytujące, będące wynikiem właśnie tych pozornie błahych drobiazgów.
          Rozumienie szersze, głębiej dotykające całej sfery psychologicznej, to znajomość indywidualnych cech partnera, jego temperamentu i osobowości. Za ważną uważam też odmienność wynikającą np. z płci. Zawsze miałem inne poczucie muzycznego bycia partnerem mężczyzny albo kobiety. Można wprawdzie uznać, że w sferze czystej profesji nie ma znaczenia, ale jest to równocześnie niuans, który ma wpływ na komfort bycia razem.
Wartość czwarta: Otwarcie na dialog.
          Lubię takie oczywiste stwierdzenie, ze dwa monologi nie tworzą dialogu. Istotnie, kiedy każdy z partnerów zajmuje się wyłącznie swoją kwestią, bez żadnego związku z kwestią partnera, dialog po prostu nie istnieje. W równej mierze dotyczy to dialogu w muzycznej profesji, jak i w zwyczajnym byciu razem z drugim człowiekiem.
Wartość piata: Gotowość rozumienia odmienności partnera.
          Wprawdzie powszechnie wiadomo, że każdy człowiek jest jednostką unikatową i niepowtarzalną, ale w zwyczajnych relacjach nader często zapomina się o tym. Dotyczy to szczególnie dłużej trwającego układu z partnerem lub partnerami. Te zrozumiałe odmienności mogą stać się problemem, kiedy w miejsce atrakcji zaczyna pojawiać się trudna do uniknięcia irytacja.
          Nie należy też do najłatwiejszych zaakceptowane faktu, że w równym stopniu gotowość rozumienia odmienności dotyczy nas samych, tzn. że partner winien wzajemnie rozumieć nasze odmienności, podobnie jak my jego.
          Nieoceniona jest świadomość tego zjawiska, która ułatwia poruszanie się po tym delikatnym i nader drażliwym terenie.
Wartość szósta: Wewnętrzna przestrzeń.
          Chodzi mi o przestrzeń myślenia, która zapewnia w miarę bezkonfliktowe przebywanie i współpracę z partnerem, wolne od doktryn, zawężonych preferencji estetycznych, obciążeń moralnych i historycznych, światopoglądowych, niekiedy politycznych, czy nawet śladowych kojarzeń rasowych.
          Taka przestrzeń w ogromnej mierze zapewnia luksus i komfort bycia razem i współpracy z partnerem, niemal całkowicie gwarantuje swobodę wypowiedzi artystycznej.
Wartość siódma: Zdolność równoczesnego słyszenia siebie i partnera.
          Jest to jedna z podstawowych odmienności pomiędzy wykonywaniem solowym i zespołowym. Nie jest z pewnością odkrywcze, jeśli wspomnę, że solista słyszy wyłącznie sam siebie. Z kolei, muzyk wykonujący w zespole, musi, po prostu musi doskonale słyszeć sam siebie i równocześnie, słyszeć i rozumieć, co gra jego partner.
          Jestem przekonany, że jest to nie tylko zdolność, ale również umiejętność, której można nauczyć.
          Nie widzę specjalnego powodu, żeby uświadamiać znaczenie i wartości takiego słyszenia dla fascynacji kreowania sztuki wykonawczej i zwyczajnego życia. Bo czyż ta powinność równoczesnego słyszenia i rozumienia siebie i partnera nie dotyczy w równym stopniu wspólnego grania jak i codziennego bycia razem z drugim człowiekiem?
Wartość ósma: Kultura bycia z drugim człowiekiem.
          Chciałoby się powiedzieć, że wymagania kultury są powinnością bycia z drugim człowiekiem w każdej sytuacji, w równej mierze profesjonalnej jak i tej, zwyczajnej, codziennej. W sytuacji wspólnego działania, kultura zachowania się, wzajemnego zwracania się do siebie w klimacie napięcia i zaangażowania w pracę, wydaje się być czymś szczególnie oczekiwanym.
Wartość dziewiąta: Takt w rozwiązywaniu napięć.
          Jestem przekonany, że w partnerstwie, nawet najpełniejszym i najdoskonalszym, pewne napięcia są nieuniknione. Przecież naiwnością byłby oczekiwanie, że partnerstwo jest jakąś permanentną sielanką.
          Napięcia są, być może, wynikiem złożoności ludzkiej natury, ale również pozornie błahych  sytuacji, które mogą nieść w sobie ukrytą groźbę poważniejszego konfliktu.       
Wydaje się również, że walka przynależy istocie człowieczeństwa. Ważne, żeby w walce wektory sił były skierowane ku wspólnemu dobru, a nie przeciwko sobie.
          W sytuacji pojawiających się napięć, takt w ich rozwiązywaniu jest po prostu nieoceniony. Warto może też zachować świadomość, że pewne niewygody, które odczuwam podczas bycia z drugim człowiekiem, są w jakimś sensie odwracalne, tzn., że partner może również odczuwać niewygody bycia ze mną. (Wciąż to partnerskie oczekiwanie wzajemności!).
Wartość dziesiąta: Zdolność akceptowania kompromisu.
          W delikatnej materii pewnych odmienności preferencji estetycznych, jest to chyba czymś oczywistym. Za wielce pomocną uważam świadomość, że interpretacja muzycznej frazy wcale nie musi być identyczna u wszystkich wykonawców zespołu, którzy są przecież profesjonalistami i żaden nie proponuje muzycznych nonsensów. A pewne odmienności i niuanse interpretacyjne, które wynikają ze zrozumiałych różnic indywidualnych, mogą wykonanie wręcz uatrakcyjnić i ubarwić.
          Próby uniformizacji na ogół kończą się niepowodzeniem. Tu właśnie jest miejsce na kompromis, umożliwiający aprobatę odmienności i swobodę wypowiedzi.
Wartość jedenasta: Szacunek i zaufanie do partnera.
          Nie tylko oczywisty szacunek do umiejętności profesjonalnych, ale również do wartości czysto ludzkich, postawy życiowej, sposobu postępowania z drugim człowiekiem, umiejętności radzenia sobie z trudnościami i rozlicznymi problemami współżycia. Jednym słowem, do wszystkiego, co składa się na pełny obraz osobowości.
Wartość dwunasta: Wyrozumiałość wobec niedoskonałości partnera i… swoich własnych.
          Od razu chciałoby się zacytować angielskie: ”Nobody is perfect”, czyli „Nikt nie jest doskonały”. I nie jest to zwyczajne porzekadło. Rozumienie i aprobata tego oczywistego drobiazgu, chroni przed szkodliwą irytacją, a w stosunku do siebie samego, pozwala zachować dystans wobec własnych niedoskonałości, być może nawet zapobiega destruktywnej frustracji i ekscesywnej rozterce.
                    Wszak, Errare humanum est, Błądzenie jest rzeczą ludzką. Błąd jest wliczony w koszt postępu i rozwoju. A lęk przed błędem może być gorszy i bardziej szkodliwy niż sam błąd.  Ode mnie zależy, czy w tym, w gruncie rzeczy niemiłym zjawisku potrafię dostrzec element pozytywny, kreatywny, czy jedynie destruktywny i negatywny.
     

          Jak wspomniałem, mój komentarz do encyklopedycznej definicji jest osobisty, nazwałbym go nawet, autorski. Wymiar pojęcia partnerstwa, a partnerstwa w muzyce w szczególności jest bardzo duży, dlatego też, pewna selekcja ważności różnych jego elementów jest nieunikniona. Elementy, które przedstawiłem dla moich celów, wydają się dawać zwięzły i konkretny obraz tej absolutnie fascynującej relacji profesjonalnej i międzyludzkiej.
Zdaję sobie również sprawę, iż moje refleksje o muzycznym partnerstwie mają charakter idei, która niekoniecznie znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ale pocieszam się, że nawet Dekalog, ze swoim „Nie zabijaj”, „Nie cudzołóż”, „Nie kradnij”, jakże często nijak się ma do tego, co dzieje się pomiędzy ludźmi. W moim prywatnym dekalogu np., od ponad pół wieku wołam „Bądź partnerem”, a wciąż jeszcze słyszę wokół „Bądź akompaniatorem!”.

I tyle cytatu z Eseju. I jeszcze, na zakończenie, jeden krótki cytat z wystąpienia, które zaprezentowałem na ostatnim Kongresie Kultury (2016):

„Nie skrywam też, że marzy mi się, aby partnerstwem, tym cudownym, fascynującym pojęciem zajął się na serio jakiś profesjonalny filozof, jakiś Sokrates, może jakiś poeta, jakiś Szekspir albo ktoś, jak nasz Kotarbiński”.

Dzisiaj w Bydgoszczy, w tym absolutnie niezwykłym mieście, które nie bacząc na mody i prestiże, skutecznie kreuje rzeczywistość, Centrum Promocji Partnerstwa stawia pierwszy krok. Wierzę, że w drodze na Parnas, będą następne.

Zakotwiczenie Centrum w szkolnictwie nieakademickim  uważam za fakt szczególnie pozytywny i ważny. Ulegam pokusie i przywołuję jedno z moich ulubionych przysłów „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Jeśli za młodu, niemal od zarania spotkania z muzyką, młody człowiek nasiąknie skrzywioną relacją wobec wykonywania zespołowego, jeśli nierozważnie zostanie zakodowana w jego mentalności relacja solista-akompaniator zamiast partnerskiej, jeśli od dziecka, z dala od zachwytu nad pięknem  muzyki i wspólnym kreowaniem sztuki ugrzęźnie w impasie solisty jako jedynej alternatywy sukcesu, jego dorosłe życie, w miejsce radości i satysfakcji, ma szanse upłynąć głównie w klimacie wszelkich odcieni frustracji. Wyznaję, że podczas wszystkich, ponad półwiecznych spotkań z młodymi, starałem się ich przygotować do walki z tymi frustracjami.  I taki postrzegam również nadrzędny cel zaistnienia Centrum.


Bydgoszcz, 3 listopada 2016


 (jmarchwinski@gmail.com)



A lecture given at the opening ceremony of The PARTNERSHIP PROMOTION CENTER, Bydgoszcz, November 3, 2016

Prof. Jerzy Marchwiński

REFLECTIONS ON PARTNERSHIP

You are participating in a unique, unprecedented event – the opening of the  Partnership Promotion Centre in Bydgoszcz. Although the Centre was conceived on my initiative, but its establishment would not be possible without the involvement, approval and charisma of Headmistress Ewa Stąporek-Pospiech. 

    Goals of the Centre:
·       Make the community of performers aware of the value of performing in an ensemble, since the beginning of their  musical education.
·       Make the community of musicians aware that  not only soloists are artists -  ensemble performers are equally worthy of that name.  Everything depends on the attitude and the professional level of their performance. 
·       Make the musical community aware of the fact that but a small percentage or permillage of them will become solo artists in the course of their life.  All the rest will be performing in a variety of ensemble  or as teachers.   It is a duty of the educators to prepare young artists to cope with this situation, both professionally and mentally, which seems particularly important. 
·       Promote the concept of partnership in music.
   
This goal shall be reached via:
·       Meetings/classes/lectures/publications
·        Master classes
·       Symposia
·       Conferences
·       Concerts.



I dared to describe the event as unique and unprecedented one because partnership, not only in music, has never been treated as a separate issue in any of the publications I came across. It is usually associated almost exclusively with business and has official and office-related connotations. There is no mention of partnership of people, be it a pair or a group,   in literature, philosophy or poetry.
In my view, partnership  is one of the three most creative, and effective  links which  interconnect human beings, especially in pair and guarantee successful cooperation and living together.   These links are love, friendship and, finally,  partnership.  Poets, writers and philosophers used hectolitres of ink  to write about love; friendship received considerably reduced attention.  Regrettably, only a small inkwell would suffice for all the texts on partnership.
I first realised the importance of partnership in music more than half a century ago, while making an archive recording of the Winterreise. Although my education had been that of an accompanist, I became aware that the piano part of that masterpiece had nothing in common with the accompaniment in the traditional sense, as it was an integral part of that Schubert’s song. Identically, the left hand in Chopin’s Nocturne is by no means just an extra, but an organic part of the whole.  A poor performance of that element degrades the quality of the right hand part, even if sung in a masterly manner. 
Since then, I have always perceived works for two or more performers as a whole, irrespective whether created by   Schubert, Brahms, Wolf  or by any other, more modestly endowed artist.  I have never understood  a musical work as a combination of various parts of which one is privileged and performed by a so-called soloist and the remaining one or ones are played by so-called accompanists.  I clearly realised that ensemble musicians are equal, free artists sharing the responsibility for the quality of the performance. They are always joined by   a bond of partnership and not a deforming relation between a soloist and accompanist which reminds of a lame walk   or a flight of a bird with a weak wing. 
The concept of partnership became a natural dominant of my whole modest artistic activity both as a performer and a teacher. It was a discovery of sorts to realise that the partnership between people best reflects the partnership in music.  Therefore, I use the latter concept just as a pretext.  None of the other forms of human activity would even approach my  Dodecalogue of  Partnership in Music with which I am going to tease you in a moment.   Also, it made me aware that art is not just an ornament of life but the very life itself.  
At the same time  half a century ago  I also  realised that there are but a few individual performers, commonly called soloists; they may constitute just a permille. All the other ones with the exception of keyboard musicians and perhaps the harp and guitar share the fundamental part of their artistic activity with other performers, starting from duos and ending with the grand philharmonic orchestra.  Which actually makes them the ensemble performers. 
Immediately, there appears the problem of their relationship.  To simplify matters, I can see   two different options of the relationship between ensemble performers: either they are partners, that is two free artists, or they enter the deformed relation of a soloist-accompanist when one of the performers is  a priori privileged and the other a priori subordinated.
I perceive partnership as the only relationship which is conducive to the success of the performance and to the best and fullest artistic achievement in the atmosphere of alliance, freedom and satisfaction of all the performers.  I am positive that  in view of this final, crowning effect of the performing art, a young person should  grow  in the atmosphere of partnership  almost from his or her very first lessons in music.
It might be worthwhile to add that  certain forms of the accompanying relationship also function  in  music. One such case occurs whenever the piece has  leading and accompanying elements  whose prominence changes throughout the piece as envisaged by the composer. Consequently, the performers switch from being a soloist to  an accompanist and vice versa.  Another case is when the so-called accompanist, usually a pianist, assists other performers during various competitions, hearings, in opera theatres etc.
Quite recently, I realised that my reflections on partnership lack a clear definition and description of the term.  Let me quote a relatively comprehensive one which I have already used in my Essay on Partnership in Music:
        “The Encyclopaedia Britannica defines partnership in the following way: ‘Partnership, voluntary association of two or more persons for the purpose of managing a business enterprise and sharing its profits or losses.’
          Britannica, possibly the best encyclopaedia worldwide, has provided a definition which seems perfect. Nothing more, nothing less. It encompasses everything, clearly and concisely.
          However, just after having read it I  recalled an excellent, wise and significant story told by Abba Eban about an inquisitive student who asked his Rabbi if the whole Torah could be reduced to just one sentence. The master replied: „Of course, yes. Do not do unto others what you would not want done to you. This is the whole Torah. The rest is commentary”. I suspect that this reply was spiced with a philosophical smile.
Partnership seems to constitute a similar case. The essence of the encyclopaedic definition is reduced to a single, brief sentence. And herewith comes a commentary.  Naturally, a personal one as I would never venture to think even for a moment about providing a universal one.
          Let me begin from a reflection that partnership, similarly to culture and all creative human relations, does not happen by itself.  All these phenomena require effort, involvement, wisdom, persistence, and even devotion, as well as other similar, related values. 
          In the particular case of a musician, the indispensable is the viable, individual level of professional abilities. I do not mean any absolute values, but rather the current level of a pupil or  student and finally, the mature artist.
          From the variety of important values, I  have chosen twelve  to use them in my personal comment,  without arranging them in any particular order of importance.  Let them serve as a set of elements necessary to create a reasonably coherent whole.  As promised earlier, I  present herewith The Dodecalogue of  Partnership in Music.

Here they are:
The first value: Shared responsibility for the whole performance
  A soloist performs a musical work on his own, at his sole responsibility. His is the success and his is the failure. He does not have to reckon with anybody or anything.
            The responsibility for a partner-like ensemble performance is of dual character: besides the part of the work performed by an individual artist, it concerns also the value of the whole work. Therefore a performer should be constantly aware that his contribution, if meagre, will degrade the whole performance depreciating the effort and involvement of the other participants.

The second value: Reciprocity
          It is impossible to imagine a one-sided partnership, or similarly, a one-sided friendship. Perhaps only unrequited love is imaginable in some sense. But any expectations of happiness and success on the part of an infatuated person are his or her personal problem, and the responsibility is also his or her.
          Apologies for quoting myself, but I have always thought that “the fact that I love you neither obliges you in any manner, nor entitles me to anything.“
The third value: Understanding
          I perceive understanding both in the literal and wider sense. The understanding in the literal, simple sense also seems quite significant, perhaps contrary to appearances.  Every person, even if speaking the same, native language, expresses his thoughts and chooses his vocabulary following a characteristic pattern; each of us has an individual sense of humour and a style of approaching others. Various, quite common misunderstandings which often are so irritating, mostly result from such seemingly trifling details.
          The wider meaning of this aspect which reaches deeper into the domain of psychology, embraces the knowledge of individual features of a partner including his temperament and personality.
          Gender differences are also significant. Musical partnership with a man or a woman often felt differently for me. It may be considered insignificant from the purely professional viewpoint, but at the same time it is one of the nuances which may affect the comfort of being together.
The fourth value: Openness to dialogue
          I quite enjoy the adage that two monologues do not make up a dialogue. True enough, when each of the partners is focused only on his part without any contact with the utterances of the other partner, the dialogue simply is not there. This may concern equally the musical dialogue and a dialogue of everyday co-existence with another person.
The fifth value: Readiness to understand the otherness of the partner
          Although it is generally known that every person is unique and one of a kind, this fact is surprisingly often forgotten in everyday relations. This is particularly true for a long-lasting arrangement with one or more partners. The understandable differences may turn often into a problem when initial attraction gives way to almost unavoidable irritation.
          Also, it is not so easy to accept the fact that the readiness to understand the otherness of the partner should be reciprocal; our partner should be equally willing to understand our idiosyncrasies identically as we understand and accept his.
          The awareness of this phenomenon is invaluable as it greatly facilitates all and any ventures into this delicate and extremely sensitive territory.
The sixth value: Internal space
          I mean primarily the space for thoughts which allows for relatively conflict-free existence and collaboration with a partner, free from doctrines, narrowed aesthetic preferences, world-outlook bias, moral and even historic encumbrances, not to mention traces of racial connotations.
          Such space provides a considerable luxury and easiness of working and being together with a partner, and almost fully guarantees the freedom of artistic expression.
The seventh value: Ability of hearing the partner and oneself at the same time
          This ability constitutes one of the fundamental differences between solo and ensemble performance. The fact that the soloist hears only himself is by no means a discovery. In turn, an ensemble performer must – really must – hear himself perfectly and at the same time hear and understand the part played by his partner. I am sure that it is not only an ability but also a skill which can be taught.
          Actually, there is no particular reason for which one should reiterate how important and valuable such hearing is for one’s fascination in creating the performative art and also the everyday life. Clearly enough, this obligation of hearing and understanding oneself and the partner should actually refer both to playing together and to ordinary, everyday being together with another person, shouldn't it?
The eighth value: Good manners in togetherness
          It might be worthwhile to remind that good manners are obligatory for being together with another person in any circumstances, both professional and in private life.  Any joint or shared activity creates demand for good mannered behaviour and reciprocal communication, particularly in the atmosphere of tension and involvement in the work.
The ninth value: Tactful reduction of tension
          It seems obvious to me that certain tensions are unavoidable in any partnership, even the most comprehensive and perfect. It would be naïve to think that partnership is just cakes and ale forever.
            The tensions may stem from the richness of human nature, but they may also result from seemingly trifling situations which sometimes carry a hidden potential for a more serious conflict.     
It seems also that an instinct to fight is inherent in humanity.  Therefore it seems paramount that the vectors of forces in such fight should be directed towards the common good and not against one another. 
          When such tensions do emerge, the ability to solve them tactfully is simply priceless. Perhaps it is worth remembering that certain discomfort experienced in the proximity of another person can be mutual, and the partner may also feel uncomfortable with me. (Ah, the expectation for  reciprocity  in partnership never ends!)
The tenth value: The ability to accept compromise
          It seems obvious enough in the fine domain of different aesthetic preferences.  I find it highly comfortable to acknowledge that the interpretation of a musical phrase does not necessarily have to be identical for all the performers in the ensemble; all of them are  professionals and, evidently, none will propose any musical nonsense. Certain divergences and interpretation nuances which stem from understandable individual differences  can even make the performance more attractive and colourful. 
          Any attempts at uniformity usually end up in a failure. The compromise seems an obvious approach to the sensitive issue of divergent aesthetic preferences.
The eleventh value: Respect and confidence in the partner
          In addition to the obvious respect for professional skill, this refers also to purely humanistic values, to the approach to life, interactions with others as well as the ability to cope with challenges and various co-existential problems – in brief, to all the facets which combine into a full personality.
The twelfth value: Understanding for the imperfections of my partner... and my own
          The English adage Nobody is perfect immediately springs to mind here and it is not just a handy phrase. The understanding and acknowledgement of this obvious, albeit inconspicuous truth protects against harmful irritation,   allows to keep the distance from one’s  own imperfections and possibly prevents any destructive frustration and excessive quandary.
                    Well, errare humanum est. (It is a human thing to err).   Errors are included in the costs of progress and development, and the fear of committing errors may be worse and more destructive than the errors themselves.  It is one’s own  decision either to notice a positive, creative side of this uncomfortable phenomenon, or to consider only its  destructive and negative  effect.   
          As it has already been said, my commentary to the encyclopaedic definition is personal or even authorial. The dimension of the concept of partnership and partnership in music in particular is huge and it seems necessary to arrange its various elements in some order. The ones which have been presented here hopefully provide a compact and quite precise image of this absolutely fascinating  relationship, both in professional and private life.
I am aware of the fact that my thoughts on Partnership in Music may be considered  idealistic and they do not necessarily find  their reflection in reality. However,  I  console myself with the thought that even the Decalogue with its “Thou shalt not kill”, “Thou shalt not commit adultery” and “Thou shalt not steal” quite often fails to reflect the actual relations between people. Following my private Decalogue, I have been calling “Thou shalt be a partner” for more than half of a century now, and yet I when I listen around I can still  hear  “Thou shalt be an accompanist”!

Here ends the quotation from the Essay. Let me summarise my speech with a  brief fragment of my presentation at the last Congress of Culture in Warsaw (2016):

„It would be highly desirable if this wonderful, fascinating concept finally  attracted the professional attention of some philosopher, a Socrates,  or perhaps a poet, or a Shakespeare or someone like our Kotarbiński.”

The Partnership Promotion Centre is making its first step today in Bydgoszcz, an incredible, extraordinary town which resolutely creates the reality, ignoring fads and prestige. I am convinced that it will continue and walk up to the very Parnassus. 

I consider it particularly important and positive that the Centre is anchored at non-university level of education.  Let me recall one of my favourite adages:  As the twig is bent, the tree's inclined. A young person who absorbs a twisted attitude towards ensemble performance at a very early stage, almost at the beginning of his encounter with music,  with the soloist-accompanist relation   unwisely encoded in his mind instead of the partnership,  may get stuck from his childhood on in the impasse of a solo performance being the only option for success. Consequently, instead of being delighted with the beauty of music and the joy of creating art in a team, he may be destined for the fifty shades of frustration along his way through life. I confess that throughout  the half century of my work  with young people I did my best to prepare all of them to cope with such frustrations.  In my view, this is the ultimate  goal of this Centre. 

Bydgoszcz, October 3, 2016


 (jmarchwinski@gmail.com)